Albo przykładowo wbić sobie do głowy, że w tym przypadku nie będzie "szczęśliwego zakończenia"?
Pesymistyczne myśli, zdecydowanie mają wady i zalety. Zalety? Może zabrzmi to dziwnie, ale spójrzcie na to
z innej strony...pesymizm w pewnym sensie jest naszym obrońcą, tarczą. Dosyć skutecznie chroni nas
przed rozczarowaniem, a nawet jeśli...to dzięki takiemu nastawieniu nie odczujemy tak dotkliwie niepowodzenia. Niestety, pesymizm bardzo szybko staje się naszym sposobem patrzenia na świat. Więc, śmiało mogę powiedzieć, że wady "zjawiska pesymizmu" są kolosalne. Najgorzej jest wtedy, gdy z góry oczekujemy na porażkę...a ta nie nadchodzi. Żeby było lepiej, nagle okazuje się, że niepotrzebnie straciliśmy wiarę i nadzieję, która tliła się w nas jak żar ogniska. No i co dalej? Z doświadczenia wiem, że nie jest łatwo ponownie uwierzyć w coś, co z punktu widzenia rozsądku jest prawie niemożliwe. Przełomem w moim pesymistycznym podejściu do życia stała się ŚRODA (30.05.2012r)! Był to dla mnie niesamowity
dzień...i chyba zapamiętam go do końca życia! Tego dnia stało się coś, czego absolutnie się nie spodziewałam!
Jedna godzina zrobiła mi taki zamęt i bałagan w głowie, że do dziś nie mogę tego sobie poukładać.
Przy okazji wreszcie przejrzałam na oczy...i dopiero teraz widzę, że osoba, która była dla mnie ważna
wcale nie jest taka dobra i porządna. Bo chyba (dojrzali!) i odpowiedzialni mężczyźni, potrafią wyznaczyć
granicę między pracą a osobistymi upodobaniami. A tak poza tym...co to za facet, który lubi patrzeć jak
kobieta płacze? Nie potrafię tego zrozumieć... Nawet nie wyobrażacie sobie jak się wtedy czułam.
Siedziałam w tym cholernym pomieszczeniu (całe 45 minut!!!) i modliłam się, żeby wreszcie wyjść i
najlepiej zapaść się pod ziemie. To naprawdę niesamowite...jednocześnie czułam się upokorzona i
dziwnie zadowolona! Czy to w ogóle normalne? Po wyjściu z tego "piekła" pierwszą myślą jaka
przyszła mi do głowy było: Chciałaś żeby zwrócił na ciebie uwagę? To masz co chciałaś!
Byłam tak rozchwiana, że nie wiedziałam co mówić, co robić. Nawet nie mogłam pisać...wszystko
nagle zaczęło mnie drażnić, z otoczeniem włącznie. Ale nie mogę powiedzieć, że nie usłyszałam nic miłego.
Bo właśnie ku mojej rozpaczy mój "wróg" powiedział mi, hmmm....komplement?
Kolejne dwie godziny siedziałam, zirytowana a z drugiej strony cieszyłam się jak idiotka!
Ciekawe z czego? Z tego, że pokazał mi kto tu rządzi?
Tym razem był zupełnie inny....to było do
niego cholernie niepodobne.
Ale kto wie...może jeszcze nie raz mnie zaskoczy???

